Kazanie ks. Łukasza Borucha na Uroczystość Wszystkich Świętych
O drodze, którą wskazuje nam dzisiejsza uroczystość Wszystkich Świętych, tak mówił papież Benedykt XVI w swojej homilii z 1 listopada 2006 roku:
„Błogosławieństwa są poniekąd ukrytą biografią Jezusa, są portretem Jego postaci. On, który nie ma gdzie skłonić głowy, jest prawdziwie ubogi w duchu. (...) Święci – mówi nam Jezus – to ci, którzy idą Jego drogą, a choć w oczach świata mogą wydawać się przegrani, w rzeczywistości są prawdziwymi zwycięzcami, ponieważ otwierają światu drzwi ku dobru, ku prawdzie, ku przyszłości”.
Te słowa dotykają sedna naszych dzisiejszych rozterek. Przychodzimy bowiem dziś do świątyni, niosąc w sercach ciężar wydarzeń ostatnich miesięcy w Polsce. Martwimy się odpływem wiernych i pustoszejącymi ławkami w kościołach. Lękamy się o młodzież, która w swoim zagubieniu coraz częściej sięga po przemoc, czego dramatycznym symbolem stały się ostatnie ataki i akty agresji w polskich szkołach. Drżymy przed widmem wojny tuż za naszą granicą, a naszą codzienność rozdzierają głębokie niepokoje społeczne i podziały, które dzielą nawet rodziny przy jednym stole.
Warto jednak pamiętać, że Kościół nigdy nie zwyciężał statystyką, siłą polityczną ani triumfalizmem. Gdy kurczy się Kościół przyzwyczajenia i fasadowej tradycji, rodzi się szansa na Kościół głębi – Kościół ludzi świadomych i autentycznych. Młodzi ludzie, którzy dziś odchodzą z naszych świątyń i gubią się w mrokach agresji oraz samotności, nie wrócą do nas przez nasze moralizowanie, narzekanie czy straszenie. Wrócą tylko wtedy, gdy zobaczą w nas – w swoich rodzicach, nauczycielach, sąsiadach i kapłanach – ludzi Ośmiu Błogosławieństw.
Jeśli wsłuchamy się w Kazanie na Górze poprzez klucz psychologii głębi, odkryjemy, że nie jest ono zachętą do życiowej bierności, lecz najbardziej radykalną terapią ludzkiej duszy. Święty to nie bezgrzeszny nadczłowiek z obrazka, ale człowiek wewnętrznie scalony i wolny od iluzji. Przyjrzyjmy się tej ewangelicznej mapie ludzkiego wnętrza:
„Błogosławieni ubodzy w duchu...” – to ludzie, którzy zrzucili pancerz fałszywego „ego”. Przestali obsesyjnie gromadzić władzę, rację i poczucie wyższości, by zagłuszyć swój lęk, tworząc w sobie przestrzeń dla Boga.
„Błogosławieni, którzy się smucą...” – psychologia uczy, że wyparty ból nie znika, lecz zamienia się w depresję lub ślepą agresję, tę samą, którą widzimy dziś na ulicach i szkolnych korytarzach. Jezus błogosławi tym, którzy mają odwagę przeżyć swój smutek i opłakać stratę, bo tylko przyjęte łzy oczyszczają duszę.
„Błogosławieni cisi...” – greckie słowo praeis oznacza dziką siłę, która została ujarzmiona. Cichy to nie człowiek zahukany, ale ktoś, kto zintegrował swój własny „cień” i gniew, dzięki czemu panuje nad sobą i nie musi niszczyć innych w społecznych sporach.
„Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości...” – to głód wewnętrznej prawdy i spójności między tym, w co wierzymy, a tym, jak żyjemy na co dzień.
„Błogosławieni miłosierni...” – surowość wobec innych jest zazwyczaj projekcją naszej własnej, niezaakceptowanej słabości. Człowiek miłosierny przyjął prawdę o własnych ranach, dlatego zamiast oceniać, potrafi spojrzeć z czułością na obolały świat.
„Błogosławieni czystego serca...” – to serce wolne od podwójnych intencji i resentymentu. Zdjęcie z oczu zasłony własnych lęków i kompleksów pozwala zobaczyć Boga takim, jakim jest, a nie jako groźnego sędziego.
„Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój...” – nie można dać światu pokoju, jeśli w naszym wnętrzu trwa wojna domowa. Dopiero człowiek wewnętrznie pojednany ze sobą i Bogiem staje się tamą, na której zatrzymuje się fala społecznego hejtu.
„Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości...” – to szczyt duchowej dojrzałości. Kto zna swoją wartość w Bogu, nie jest niewolnikiem opinii tłumu i potrafi pozostać wierny prawdzie nawet wtedy, gdy wokół pustoszeją kościoły.
Kiedy dziś po południu staniemy nad grobami bliskich, nie myślmy o świętości jak o zimnym, niedostępnym pomniku. W jednej ze swoich pogodnych opowieści ksiądz Bruno Ferrero pisze o małym chłopcu, którego mama zabrała po raz pierwszy do wielkiej, starej katedry. Dziecko szło z zadartą głową, patrząc z zachwytem na wysokie sklepienia. W pewnej chwili słońce zaświeciło mocniej i jego promienie przebiły się przez wielobarwne witraże, rzucając na kamienną posadzkę kaskadę ciepłych, żywych kolorów.
Chłopiec zatrzymał się oczarowany, wskazał palcem na świetliste postacie w oknach i zapytał:
– Mamo, a kto to są ci ludzie na tych kolorowych oknach?
Mama uśmiechnęła się i odpowiedziała:
– To są święci, synku.
Chłopiec zapamiętał tę lekcję bardzo dokładnie. Kilka dni później na katechezie ksiądz zapytał dzieci: „Czy ktoś z was wie, kto to jest święty?”. Mały chłopiec natychmiast podniósł rękę i zawołał z przekonaniem:
– Ja wiem! Święty to jest taki człowiek, przez którego przechodzi światło!
Bracia i Siostry, nasz niespokojny, zalękniony kraj, nasze podzielone domy i polskie szkoły nie potrzebują dziś ludzi posągów, którzy z wysoka rzucają kamieniami ocen i potępień. Potrzebują ludzi z uzdrowionym, przejrzystym sercem.
Ludzi, przez których – mimo życiowych pęknięć i trudnych czasów – przechodzi Boże światło. Amen.